RSS
wtorek, 01 września 2009
Lokalnie ale nie do konca
Poniewaz jakos nie pisze, bo nie mam weny na blogowanie i spelniam sie w roznych tradycyjnych formach piora i papieru, dalam sobie radosnie kopa w cztery litery i wracam tu na chwile.

Po kilku tygodniach w Londynie i okolicach nadszedl czas na jakies ruchy bo ile mozna. Odkad samochod sprzedalam to zycie stalo sie inne, ciekawsze zdecydowanie. I bogatsze w przygody podroznicze. Chocby takie jak podroz porannym autobusem w cudownie sloneczny (tak tak!) niedzielny poranek w Ealing do Hampton (powiedzmy jak z Pragi do Raszyna) w 30minut i powrot ta sama trasa w 2h... Ale za to odkrywam na nowo ile mozna wypic w miedzyczasie alkoholu w postaci wina rozowego i wcale mi te 2h nie wadza (teraz przynajmniej bo jak siedzialam w autobusie to hm, bywalo siarczyscie).
Swoja droga Hampton Court wreszcie odwiedzone i rzeczywiscie bardzo warte. Uwielbiam ogrody w takim stylu, czysto, schludnie i bardzo hm, francusko. Zdjecia sa tu: Hampton Court

Kolejna podroz tym razem koleja w region Buckinghamshire w Chilterns (tereny pagorkowe, jak z filmow na motywach powiesci Jane Austen). Sliczne pola, cudowne plenery i mnostwo jezyn do jedzenia wprost z krzaczkow. Tym razem metrem na Marylebone i pociagiem przez Beaconsfield na polnocny zachod. Poraz pierwszy poszlam na Walk wydrukowany z internu, ktory ktos opisal na zasadzie 'idz sciezka przez las az dojdziesz do wielkiego kamienia porosnietego mchem od polnocy, skrec w lewo i idz wzdluz plotu az zobaczysz dom w oddali. Nie idz w kierunku domu tylko wrecz przeciwnie az... " itd - macie juz poglad prawda? Zgubilam sie tylko 2 razy przez 20km :) Zdjec jeszcze nie obrobilam. Mam nieco zaleglosci ale to bylo w sobote wiec chyba mam jeszcze chwile. Podroz tam pociagiem zajela jakies 40minut, powrot (zaczyna sie robic z tego jakis ciag logiczny...) jakies 4godziny w trzema przesiadkami... Fakt faktem ze owe 20km z jednej wsi do drugiej nie bylo spacerem po okregu a odcinku (tak, wiem) wiec wracalam z innej miejscowosci. Jak sie okazalo, pociagi na odcinku pewnym tej trasy nie funkcjonowaly wiec trzeba bylo sie przesiasc w autobus. Z autobusu w inny pociag, potem w inny pociag i w koncu w metro. Uf. Nie robilam juz potem przemeblowania, choc planowalam... Nogi mi niemal odpadly.

Na zachete: 


W niedziele byl odpoczynek bowiem nogom nalezal sie relaks, cudow nie ma. A ze poniedzialek byl czarodziejski na Notting Hill karnawale i to juz zupelnie inna historia, zdjecia beda rowniez na Picasie pozniej. Dodam tylko, ze jestem zauroczona. Londynem i Londynczykami. Co jak co, ale zarowno organizajca imprezy jak i zabezpieczenia byly po prostu miodzio. Kultura karaibska jest jakos bliska memu sercu. Dodam rowniez, ze nie uslyszalam ani slowa po polsku w tlumie, co mnie zachwyca... Cudownie.

PS - dalej niewiele wiem, i bardzio mnie to meczy. 

PS 2 - w niedziele ruszam ponownie do Stanow. To bedzie smutna podroz.

23:01, dszymanska
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Polecam Duzy Format

Cudowny artykul w Duzym Formacie Gazety Wyborczej - tu jest link - o tym co Polakow denerwuje na wakacjach i co Obcokrajowcow denerwuje na wakacjach w Polsce.

Jeden cytat na zachete ale ubawilam sie radosnie i, no coz, jakaz to prawda. Jak cudownie Polak umie narzekac na... rodaka i sasiada. A Obcokrajowiec... raczej na warunki i ta nasza cholerna codziennosc. Ten cytat jednak jest tak niesamowicie francuski, ze naprawde - rozbawil mnie i, oh well, czego wiecej mi trzeba zeby po bardzo milym weekendzie w sloncu zaczac dobrze kolejny tydzien.

"Julie, Francuzka z Paryża, lat 40:

- Chciałam dzieciom pokazać prawdziwą wieś. U nas gospodarstwa rolne są już zmechanizowane, zero romantyzmu. Znalazłam w internecie ofertę ośrodka agroturystycznego na Kaszubach. Popatrzyłam na mapę i byłam szczęśliwa. Bo jak dla mnie był to koniec świata. Ale jak już się tu znaleźliśmy, nie mogliśmy wytrzymać tego smrodu - czy nie można kąpać tych kur, krów i świń?"

Phehehe. Bulke przez bibulke... :)

09:59, dszymanska
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 sierpnia 2009
Southall czyli Indie w Londynie
Tak, slyszalam o tej dzielnicy i przejezdzalam pociagiem przez egzotyczna stacje z napisami w jezyku hindi. Widzialam kolorwo ubranych malowniczych ludzi wsiadajacych do pociagu i towarzyszacy im zapach mnogosci ziol i przypraw, mdlacy zapach curry i slodkawy kolendry.
Wczoraj tam pojechalam pooddychac innym swiatem. I jest to inny swiat. Osadzony w nieco dziwnej dla tego barwnego tlumu architekturze wiktorianskiej. Usmiechajace sie kobiety zza tajemniczych oczu podkreslonych kolorowymi materialami sukni i chust, ktorych nazw nie znam. Zapachy kulinariow ulicy tak uwilebianej przez kazdego podroznika, niezaleznie od kraju. Niesmowitosc sklepow wypelnionych przyprawami, ktorych nie znam nawet z przyblizenia, mnogosci mak, olejow, owocow i warzyw... Czy mam wspominac o tym jak mi sie treaz cudnie gotuje po zakupach w kilku takich sklepikach cynamonowych?

Zapraszam na krotka wycieczke do Indii w Londynie. Kilknij tu.



13:48, dszymanska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2009
Nowe-stare hobby
Bardzo prosze o komentarze do mojego nowego starego hobby. Tu jest pierwsza probka. 

http://picasaweb.google.com/dofekus/PerformanceArtistsEnbankmentLondon#
11:37, dszymanska
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 sierpnia 2009
Bo tak sie wlasnie toczy
Nie ma rozy bez ognia. Myslalam, myslalam i wymyslilam. Wszystko da sie rozumowo wytlumaczyc. Absolutnie wszystko. A jesli czegos sie nie da, to znaczy ze nie istnieje. Przypadki, zrzadzenia losu yadda yadda yadda yadda. Tak naprawde to nic nie jest nam pisane i nie ma zadnego losu. Jest jak jest. A nie tam przeznaczenie. Po prostu sie dzieje. Sie wydarza. I albo w tym uczestniczymy albo nie. Oczywiscie, mozemy dumnie sobie wmawiac, ze kazdy jest inzynierem swego zycia. Ale w to juz na pewno nie uwierze. Nie ma niczego ani nikogo, kto kieruje bestia zwana naszym zyciem. Ono po prostu jest i sie toczy. I tyle. 

Tak jak zycie sie toczy tak tez toczy sie wszystko wokol. Przetaczaja sie nasi przyjaciele, mniej lub bardziej rzekomi, ludzie ktorym ufamy, i ci ktorzy nas zawodza. Nie sadze bym uzyla szybko okreslenia przyjaciel ponownie. Nie sadze, ze to moze przetrwac. Ale to juz inna historia. Moze to ja mam defekt, ale ... nie sadze :)

Postanowilam przez jakis czas nie kupowac samochodu i stac sie a real londoner. Zapisalam sie do klubu samochodowego, z ktorego mozna sobie pozyczac samochod na godziny. Taniej niz taksowka i o ile latwiej bo akurat parkuja samochodzik naprzeciwko mojego domu. Ciekawe jak sie sprawdzi. Polega to na tym, ze taki klub ma swoje samochody porozrzucane w roznych miejscach w miescie. Klubowicz dostaje karte - klucz i PIN. Placi sie stawke roczna plus payas you go za godzine korzystania z auta. Nawet za benzyne placi sie karta paliwowa przy czym pierwsze 50mil jest for free. Za kazda mile powyzej naliczaja jakies grosiki za benzyne. Niesamowita sprawa. Bardzo mnie cieszy bowiem slyszalam o czyms takim juz dawno w Zurichu i zazdroscilam, bo po co miec stale koszty skoro tak naprawde z samochodu korzysta sie bedac w Londynie sporadycznie. A pojechac na wakacje mozna pozyczonym na tydzien lub pociagiem ;) Lub ze znajomymi lub samolotem lub lub lub. No coz. Moze za niedlugo znowu zmienie zdanie. 

Ide na wino.
19:03, dszymanska
Link Dodaj komentarz »

Moje Zdjecia - NOWA GALERIA


View Dorota Szymanska's profile on LinkedIn
Zobacz mnie na GoldenLine


Locations of visitors to this page

Add to Technorati Favorites


Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes